poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Stanąłem na rozdrożu, zamyślony spojrzałem w niebo,
W pewnej chwili ujrzałem jasny blask, znak od Niego.
On wskazał mi właściwą drogę lecz poszedłem w lewo,
Kolejny raz na przekór wszystkiemu, wybrałem cięższą
Ścieżkę życia i modlę się do Niego by nie okazała się klęską.
Z brakiem pewności siebie, niesiony przez błękitny ocean,
W nieznane podążam nią, serce ogromną nadzieją skąpane
 I na jej skrzydłach unoszę się nad ziemią, frunę przed siebie,
Poznaje nową przestrzeń, krążę po granicach granic i za nic
Nie oddam tego nigdy, nie czuję nic, nic nie wiem i chcę tylko
Spokojnie żyć, w tym zakłamanym świecie, gdzie nikt nic nie wie,
A każdy chce mieć Ciebie blisko, tylko przy własnej potrzebie.
Lecę dalej w nieznane i wyrzucam kolejne żale,
Jeden na milion okazuje się prawdziwym a reszta to,
Banda idiotów i skurwieli, którzy w oczy to przyjaciele,
A za Twoimi plecami cwele.. Zrobią z Ciebie dziwkę i szmatę,
Podzielą Cie na drobne, oddaj im swoje serce na dłoni a
Wbiją Ci nóż w plecy i będą patrzeć jak upadasz w agonii.
Podążając tą drogą cierni zastanawiam się dlaczego nie obrałem łatwej,
Czy to przerośnięta ambicja? A może chęć zdobycia doświadczeń, raczej.
Chociaż czasami mam już dość, podążam ku szczęściu dalej,
I co by się nie działo, po każdej porażce na nogi wstanę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz